Domem rodzinnym M jest blok przy Czeskiej 11 w Bydgoszczy. To jej blok rodzinny. Dziwnie to brzmi - blok rodzinny. Mieszkanie rodzinne? Przemieszkane tam pierwszych 19 lat życia nie zostawiło takich wrażeń, jak każdy powrót teraz.
Nie rozpoznaję zapachu paskudnej klatki schodowej, tylko jej dziwny chłód. Wybrzuszone ściany. Kamienna podłoga, nieokreślone kolory, nie czujesz się tam jeszcze jak w domu, nie wyjdziesz w kapciach sprawdzić, co słychać w skrzynce pocztowej. Przemykasz do windy, bo zimno, a za tobą zatrzaskują się całkiem współczesne "drzwi od domofonu". Połowa nazwisk na liście mieszkańców anonimowa, choć wszyscy doskonale wiedzą, kto jak się nazywa i co mu jest.
Czeska 11 to kolekcja ludzi. Wielu bystrych, światłych i subtelnych miesza się w windzie z gburami, gbury z plotkarkami, do tego zapach psiej sierści i dzieciaki, wyrzucające z siebie szybkie dzień dobry, jak matka kazała. Na szczycie tego wszystkiego, jak wisienka na torcie z ludzi, pani Goździkowa z dziewiątego, zakończona wieżą ufarbowanych na brąz włosów, w białej bluzce, w pończoszkach, wszystkowiedząca Czeska 11, mieląca pod niebieskimi powiekami losy nas wszystkich, obecnych i byłych mieszkańców.
Wszystkie ściany przy Czeskiej 11 są wybrzuszone. Żadna nie jest wklęsła, każda układa się w niewielki, łagodny luk, kradnący centymetry kwadratowe powierzchni mieszkalnej. W mieszkaniu Woźniaków ściany wygładzone są pieczołowicie przez murarza-tapeciarza Salomońskiego, ale nierówny bieg listw podłogowych ujawnia prawdę o niesolidnej pracy murarzy 32 lata temu.
W windzie popalone zapalniczką guziki. Wciskasz ósme i jazda. Kontrolny rzut oka w lustro, nie, przyjechałam tylko na tydzień, ten chłopiec w wózku to moja córeczka, dziewczynka, no tak, tak! dziewczynka! Serio. Sorry, że w żółtej kurteczce powoduje genderowe zamieszanie na Czeskiej, podczas następnej wizyty będziemy eksponować różowawe elementy garderoby. Mijasz szóste, siódme, w końcu brzdęęęk! Ósme, skręt w prawo i jest! 27! Ściany wokół pomalowane na dziki zielony kolor i wypisana długopisem informacja, że tu mieszka suka. Cóż, pomyłka, pies moich rodziców jest facetem. Na włączniku światła ikonka przedstawiająca dzwonek, na przycisku dzwonka symbol żarówki.
Żarówki wymieniał tata na klatce sam, co chwilę je kradli. Parę lat temu panu od Dingusia zmarł Dinguś, śmierdzący owczarek niemiecki. Wyprowadzili się pijaki z czwartego, podobno gdzieś na Grunwaldzką. Gazetki z Rossmanna leją się ze skrzynek na listy strumieniami, można zwariować. Poza tym na Czeskiej bez zmian. W maju znowu wracamy.
lördag 17 april 2010
lördag 3 april 2010
Sprawa do przemyślenia
"Nie stawiają się i nie złoszczą, kiedy przychodzisz do domu" - odpowiadają szwedzcy faceci zapytani dlaczego chętnie żenią się z Tajkami. Gotują ponadto dobre obiady i są spolegliwe.
Sprawa do przemyślenia.
Bo jednak Szwed, choć Szwed, to facet. Spolegliwe spojrzenie łagodnych, azjatyckich oczu kontra M, we wtorki wręczająca wymęczonemu pracą Szwedowi córkę i udająca się niespolegliwie na pilates, z nadzieją, że po powrocie do domu zastanie nakarmione dziecko i garnek pasty dla siebie.
Sprawa do przemyślenia.
Bo jednak Szwed, choć Szwed, to facet. Spolegliwe spojrzenie łagodnych, azjatyckich oczu kontra M, we wtorki wręczająca wymęczonemu pracą Szwedowi córkę i udająca się niespolegliwie na pilates, z nadzieją, że po powrocie do domu zastanie nakarmione dziecko i garnek pasty dla siebie.
torsdag 1 april 2010
Mówimy do córki
Często słyszane w domu Wallin-Woźniak:
- Jesteś taka słodka, że wkrótce znajdzie cię jakiś wielbiciel deserów i zje!
- Pollington, Pollington, po-po-po-po-po Pollington!
- A teraz Pan Mors i Pan Tygrys pomogą ci zasnąć
- Samolot brazylijskich linii lotniczych ląduje na lotnisku Pollingtonowo ze świeżą dostawą owoców mango!
- Jesteś taka słodka, że wkrótce znajdzie cię jakiś wielbiciel deserów i zje!
- Pollington, Pollington, po-po-po-po-po Pollington!
- A teraz Pan Mors i Pan Tygrys pomogą ci zasnąć
- Samolot brazylijskich linii lotniczych ląduje na lotnisku Pollingtonowo ze świeżą dostawą owoców mango!
lördag 20 mars 2010
Ze Szwecji
Kiedy byliśmy w Egipcie, wylądowaliśmy przez przypadek w hotelu all inclusive, z nieograniczonym, wydawałoby się, dostępem do masy pysznego jedzenia i drinków z palemkami. Nie był to jednak nasz pierwszy raz na garnuszku Egipcjan i wiedzieliśmy, nie nie możemy się spodziewać kulinarnych fajerwerków, ponieważ oni po prostu nie potrafią gotować. Lunche i kolacje sprawiały, że tęskniliśmy za najprostszą, pyszną pastą (bekon, papryka, creme fraiche z chili), którą gotujemy w 10 minut w domu, gdy nic innego nie przychodzi nam do głowy. Śniadania natomiast były całkiem ok, trudno coś zepsuć, gdy wszystkie produkty leżą osobno i od kreatywności śniadaniowca zależy, co z nimi zrobi.
Jogurt naturalny plus płatki pełnoziarniste, plus mała łyżka czekoladowych na osłodę. Aż pewnego ranka...
Dochodzimy do sedna wpisu, który ma być o tym, co zrobiło ze mnie blisko sześć lat mieszkania w Szwecji ze Szwedem, który do wielu kwestii ma bardzo zasadniczy stosunek. Zaraźliwy.
Pewnego ranka Egyptian breakfast chef wymieszał resztkę czekoladowych bobków, które dodawałam do pełnoziarnistych płatków, z pseudoczekoladowymi kulkami typu Nesquick. To czekolada i tamto czekolada, pomyślał pewnie i fru.
"Chocolate flakes are not all the same!!!" zagotował się Szwed, któremu pokazałam zawartość swojej miski. Rzeczywiście, nie były. Sześć lat temu nie zwróciłabym na to najmniejszej uwagi. A teraz...
Nie mieszamy kulek śniadaniowych.
Nie dubbingujemy tv.
Nie jemy pysznie zbrązowiałych bananów, a mleko wylewamy, jeśli przekroczy termin przydatności o piętnaście minut.
Jesteśmy stąd, ze Szwecji.
Jogurt naturalny plus płatki pełnoziarniste, plus mała łyżka czekoladowych na osłodę. Aż pewnego ranka...
Dochodzimy do sedna wpisu, który ma być o tym, co zrobiło ze mnie blisko sześć lat mieszkania w Szwecji ze Szwedem, który do wielu kwestii ma bardzo zasadniczy stosunek. Zaraźliwy.
Pewnego ranka Egyptian breakfast chef wymieszał resztkę czekoladowych bobków, które dodawałam do pełnoziarnistych płatków, z pseudoczekoladowymi kulkami typu Nesquick. To czekolada i tamto czekolada, pomyślał pewnie i fru.
"Chocolate flakes are not all the same!!!" zagotował się Szwed, któremu pokazałam zawartość swojej miski. Rzeczywiście, nie były. Sześć lat temu nie zwróciłabym na to najmniejszej uwagi. A teraz...
Nie mieszamy kulek śniadaniowych.
Nie dubbingujemy tv.
Nie jemy pysznie zbrązowiałych bananów, a mleko wylewamy, jeśli przekroczy termin przydatności o piętnaście minut.
Jesteśmy stąd, ze Szwecji.
måndag 15 mars 2010
This is what we do
A ja nie mogę sobie wyobrazić jej mówiącej. Przyszli rodzice nie potrafią wyobrazić sobie swojego dziecka wcale, jego wyglądu, zapachu, wszystko wydaje się totalnie nierealne. A gdy dziecko już jest - realne jest tylko to, jak wygląda teraz, to, co teraz potrafi zrobić. Polly siedzi, pełza, wspina się po szczebelkach łóżeczka, śmieje się głośno, hałasuje zabawkami, chlapie wodą w wannie. Ale fakt, że będzie mówić jest tak samo nierealny, jak wygląd jej przyszłego rodzeństwa. Pewnie niedługo zrobi pierwszy krok, ale jest to dla nas tak samo dziwne, jak rok temu fakt, że z mojego gigantycznego brzucha wyjdzie dziecko, człowiek.
Istnieje tylko tu i teraz, zarówno w jej niemądrej, łysej główce, jak i w naszych, niedospanych i otumanionych miłością rodzicielskich głowach.
fredag 12 mars 2010
Chciałoby się
Chciałoby się wypełnić bloga własnymi historiami. Żadnymi tam pożyczkami z sieci, śmiesznym zdjęciem ziewających kotów, podskakujących hipopotamów. Tylko własne życie, wszystko świeżutkie, twórcze, prosto z głowy.
To zadanie na chwile jak ta (Popo śpi, mieszkanie zdezynfekowane).
I nawet nie chodzi o skrupulatne raportowanie dziennych czynności, raczej to, co nazywa się "mieć coś do powiedzenia".
Był taki czas, kiedy M miała wiele do powiedzenia. W głowie weryfikuje się teraz wartość tych wypowiedzi. I'll see you soon!
To zadanie na chwile jak ta (Popo śpi, mieszkanie zdezynfekowane).
I nawet nie chodzi o skrupulatne raportowanie dziennych czynności, raczej to, co nazywa się "mieć coś do powiedzenia".
Był taki czas, kiedy M miała wiele do powiedzenia. W głowie weryfikuje się teraz wartość tych wypowiedzi. I'll see you soon!
torsdag 11 mars 2010
M o przyczynie nieblogowania
Przyczyną nieblogowania nie jest, jak podejrzewał każdy na próżno odwiedzający tego bloga fan M in Stockholm, macierzyństwo. Nie jest nią trwające od 8 miesięcy i jednego dnia totalne zanurzenie się w NIEJ, małej Popo, Polly, Pollington, mamusi orzeszku, kamyczku, dziewczynce cudnej, w jej sprawach niecierpiących zwłoki, w jej koszulkach, pieluszkach, nawilżanych chusteczkach, śmieszkach, rozpaczy o trzeciej am. Nie jest nią deprywacja snu, nie jest nią lenistwo, nie jest nią fakt, że nie mam wam nic a nic do powiedzenia.
Przyczyną nieblogowania jest KABEL. Kabel elektryczny, czy jakkolwiek nazywa się kabel dostarczający laptopom prądu do baterii. Kabel, wymęczony tysiąckrotnym targaniem laptopa z półki na kanapę, na stół, na kolana, na podłogę poluzował się i w chwili obecnej, po dwukrotnej wizycie u miłego pana-naprawiacza kabelków - razi prądem, gdy tylko laptop drgnie. A mi się tak niewygodnie pisze, z tyłkiem na skraju sofy i ramionami nienaturalnie wyciągniętymi w stronę klawiatury. Laptop stoi na komodzie a ja daję jedynie radę updatować statusy na FB.
Więc nie piszę.
Żałosna wymówka.
No więc może, może M in Stockholm robi wielki comeback. Omamiony obietnicami - klikaj w M in Stockholm. Może napisze coś więcej. Especially for you.
Przyczyną nieblogowania jest KABEL. Kabel elektryczny, czy jakkolwiek nazywa się kabel dostarczający laptopom prądu do baterii. Kabel, wymęczony tysiąckrotnym targaniem laptopa z półki na kanapę, na stół, na kolana, na podłogę poluzował się i w chwili obecnej, po dwukrotnej wizycie u miłego pana-naprawiacza kabelków - razi prądem, gdy tylko laptop drgnie. A mi się tak niewygodnie pisze, z tyłkiem na skraju sofy i ramionami nienaturalnie wyciągniętymi w stronę klawiatury. Laptop stoi na komodzie a ja daję jedynie radę updatować statusy na FB.
Więc nie piszę.
Żałosna wymówka.
No więc może, może M in Stockholm robi wielki comeback. Omamiony obietnicami - klikaj w M in Stockholm. Może napisze coś więcej. Especially for you.
lördag 15 augusti 2009
M się waha
Bo po urodzeniu dziecka świat się niesamowicie zwęża, kurczy. Jak focus w aparacie fotograficznym, kierujący uwagę robiącego zdjęcie na jeden wybrany detal, tak moje oczy koncentrują się w tej chwili na mojej córce. To dobry, niewielki światek przytulania, różowych piżamek, fotografowania jej stóp. A blog jest przecież o mnie tutaj, o Sztokholmie i Szwecji w moich oczach. A te w tej chwili są przesłonięte nią, moim dzieckiem, które dla nikogo nie jest tak interesujące i czarujące, jak dla mnie.
Więc co z M in Stockholm? Pisać o szwedzkiej perspektywie wychowania dzieci? O super ubrankach, zupełnie innych niż gdziekolwiek indziej (czarne body czy motyw trupich czaszek na kaftanikach - why not), czy też po prostu o tym, jak nam cudnie razem z Polly? Jak wyrasta z pierwszych gatek i że na smoczku ma pingwina, supercute?
M się waha, zastanawia. Na razie zdjęcia...
Więc co z M in Stockholm? Pisać o szwedzkiej perspektywie wychowania dzieci? O super ubrankach, zupełnie innych niż gdziekolwiek indziej (czarne body czy motyw trupich czaszek na kaftanikach - why not), czy też po prostu o tym, jak nam cudnie razem z Polly? Jak wyrasta z pierwszych gatek i że na smoczku ma pingwina, supercute?
M się waha, zastanawia. Na razie zdjęcia...
söndag 2 augusti 2009
Polly moja miłość
Polly ma 3 tygodnie! Już tęsknię za zapachem jej główki tuż po urodzeniu i pierwszymi chwilami spędzonymi razem. Kolejne dni mijają a ona się zmienia, rośnie, patrzy na nas już coraz bardziej świadomie, ruchy łapkami są jakby bardziej zamierzone, cykl dnia przewidywalny, a ja mierzę mijający czas tym, co się dzieje z nią, nie ze mną.
Ona myśli, że jesteśmy jedną osobą i każde rozstanie odczuwa jak porzucenie, a ja tłumaczę sobie (a raczej staram się słuchać, gdy L tłumaczy mi), że nie pęknie mi ani jej serce, gdy zostawię ją śpiącą w jej przytulnym koszyku. Serce pęka, najchętniej trzymałabym ją przy sobie całymi godzinami, z główką na mojej piersi, oglądając jej małe rączki zaciśnięte wokół moich palców.
Coraz więcej o sobie wiemy, ona i ja. Mam nadzieję, że wie, że chcę dla niej najlepszego, że gdy się złości - gdzieś tam rozumie, że zrobię dla niej wszystko.
Cudownie jest nabierać matczynej pewności siebie, wiedzieć, co ona chce mi powiedzieć i słuchać, jak cichnie, gdy biorę ją na ręce.
Polly wie, kiedy idę pod prysznic czy wychodzę na chwilę do sklepu. Czuje, gdy próbuję czytać książkę czy sprawdzam mejle karmiąc ją jednocześnie piersią - wkurza się i krzykiem wymusza pełną koncentrację na jej potrzebach, żeby za chwilę zasnąć, dać się odłożyć na do kosza i pożyć innymi sprawami. Tak jak teraz, gdy piszę, a ona mruczy przez sen jak kot.
Ona myśli, że jesteśmy jedną osobą i każde rozstanie odczuwa jak porzucenie, a ja tłumaczę sobie (a raczej staram się słuchać, gdy L tłumaczy mi), że nie pęknie mi ani jej serce, gdy zostawię ją śpiącą w jej przytulnym koszyku. Serce pęka, najchętniej trzymałabym ją przy sobie całymi godzinami, z główką na mojej piersi, oglądając jej małe rączki zaciśnięte wokół moich palców.
Coraz więcej o sobie wiemy, ona i ja. Mam nadzieję, że wie, że chcę dla niej najlepszego, że gdy się złości - gdzieś tam rozumie, że zrobię dla niej wszystko.
Cudownie jest nabierać matczynej pewności siebie, wiedzieć, co ona chce mi powiedzieć i słuchać, jak cichnie, gdy biorę ją na ręce.
Polly wie, kiedy idę pod prysznic czy wychodzę na chwilę do sklepu. Czuje, gdy próbuję czytać książkę czy sprawdzam mejle karmiąc ją jednocześnie piersią - wkurza się i krzykiem wymusza pełną koncentrację na jej potrzebach, żeby za chwilę zasnąć, dać się odłożyć na do kosza i pożyć innymi sprawami. Tak jak teraz, gdy piszę, a ona mruczy przez sen jak kot.
torsdag 16 juli 2009
tisdag 14 juli 2009
tisdag 7 juli 2009
Sms od chłopaka
Ciało ewidentnie sprawdza, jak jego właścicielka radzi sobie z nieprzespanymi nocami. Dzisiejszej nocy spałam na przykład od 1 do 2 i od 5 do 11. Między 2 a 5 czytałam Gravedigger's daughter J. C. Oates, czytałam Przekrój online, zjadłam kanapkę z indykiem i majonezem, banana i niezliczoną ilość razy zamierałam w bezruchu, przekonana, że zaczynam rodzić. Nic z tego.
Porody zaczynają się zazwyczaj nocami, gdy w organizmie kobiety spada poziom adrenaliny i pozwala dojść do głosu hormonom odpowiedzialnym za rodzenie. W moim przypadku wydaje się to totalnie awykonalne - około 22 adrenalina świruje, serce skacze a hormony odpowiedzialne za wywabienie dziecka na świat poddają się bez walki.
Zastanawiam się, czy pierwsze poważne skurcze nadejdą w momencie, gdy nie będę o tym myśleć. Jak sms od chłopaka, który przychodzi, gdy na sekundę udaje się zapomnieć, jak bardzo się na niego czeka. Córeczko, chłopaku, to nie trzy dni po pierwszej randce, to już ponad 9 miesięcy od niej minęło, czas zadzwonić, przypomieć o sobie, bardzo chcę cię zobaczyć. Wybaczam długie czekanie.
Porody zaczynają się zazwyczaj nocami, gdy w organizmie kobiety spada poziom adrenaliny i pozwala dojść do głosu hormonom odpowiedzialnym za rodzenie. W moim przypadku wydaje się to totalnie awykonalne - około 22 adrenalina świruje, serce skacze a hormony odpowiedzialne za wywabienie dziecka na świat poddają się bez walki.
Zastanawiam się, czy pierwsze poważne skurcze nadejdą w momencie, gdy nie będę o tym myśleć. Jak sms od chłopaka, który przychodzi, gdy na sekundę udaje się zapomnieć, jak bardzo się na niego czeka. Córeczko, chłopaku, to nie trzy dni po pierwszej randce, to już ponad 9 miesięcy od niej minęło, czas zadzwonić, przypomieć o sobie, bardzo chcę cię zobaczyć. Wybaczam długie czekanie.
fredag 3 juli 2009
Hej córeczko
Hej hej, córeczko, wychodź proszę.
Pościeliłam ci w koszyku, w samochodzie wymościłam fotelik, wyprasowałam śpioszków miliony.
Dziś rano była burza, ale może czekasz na nocną, by urodzić się wśród błyskawic jak Ronja.
Wyłaź, wyłaź, tak bardzo chce mi się kawy!
Pościeliłam ci w koszyku, w samochodzie wymościłam fotelik, wyprasowałam śpioszków miliony.
Dziś rano była burza, ale może czekasz na nocną, by urodzić się wśród błyskawic jak Ronja.
Wyłaź, wyłaź, tak bardzo chce mi się kawy!
måndag 29 juni 2009
Ciężkostrawne
Czekam na rozwiązanie. Rozwiązanie kontraktu na wynajem mojego brzucha. Ciąża trwa nieludzko długo, nieludzko długie są jej ostatnie dni w Sztokholmie wygrzanym w słońcu. Moje ciało pracuje za dwoje, by nie dopuścić do zagotowania tkanek, mam nadzieję, że córce nie jest tak okropnie gorąco, niewygodnie i nieszczęśliwie, jak mi.
Ciekawy jest sposób, w jaki postrzegam ją w tej chwili. Wydaje mi się duża, samodzielna, wręcz kompetentna - bo radzi sobie sama: przecież jej nie karmię, nie układam do snu, nie utulam. Rośnie sobie, podjadając co lepsze kąski z mojego krwiobiegu, nie wydaje dźwięków, nie wyraża niezadowolenia, co najwyżej przeciąga się tuż pod moimi żebrami. Sama zasypia, sama radzi sobie z czkawką, jest taka dorosła, nawet decyzję o wyjściu na zewnątrz podejmie sama, bez konsultacji z obolałą matką.
Ale niedługo wydam ją na świat i będzie kompletnie bezbronna. Totalnie zależna ode mnie. Narażona na tysiąc niebezpieczeństw. Być może jej płacz będzie wyrazem złości, że jest taka zależna, niesamodzielna. Biedna, nikt jej nie zapytał, czy chce istnieć, fakt, że się urodzi będzie przykładem najwyższego egoizmu mojego i jej ojca, którzy wymyśliliśmy sobie, że nasza miłość w ten sposób będzie doskonała a my zwiążemy się ze sobą mocniej niż ślubem. Mam nadzieję, że nie będzie miała nam tego nigdy za złe. Że ją stworzyliśmy.
Ciąża - fizjologia i filozofia zmiksowane w ciężkostrawną papkę. At least today.
Ciekawy jest sposób, w jaki postrzegam ją w tej chwili. Wydaje mi się duża, samodzielna, wręcz kompetentna - bo radzi sobie sama: przecież jej nie karmię, nie układam do snu, nie utulam. Rośnie sobie, podjadając co lepsze kąski z mojego krwiobiegu, nie wydaje dźwięków, nie wyraża niezadowolenia, co najwyżej przeciąga się tuż pod moimi żebrami. Sama zasypia, sama radzi sobie z czkawką, jest taka dorosła, nawet decyzję o wyjściu na zewnątrz podejmie sama, bez konsultacji z obolałą matką.
Ale niedługo wydam ją na świat i będzie kompletnie bezbronna. Totalnie zależna ode mnie. Narażona na tysiąc niebezpieczeństw. Być może jej płacz będzie wyrazem złości, że jest taka zależna, niesamodzielna. Biedna, nikt jej nie zapytał, czy chce istnieć, fakt, że się urodzi będzie przykładem najwyższego egoizmu mojego i jej ojca, którzy wymyśliliśmy sobie, że nasza miłość w ten sposób będzie doskonała a my zwiążemy się ze sobą mocniej niż ślubem. Mam nadzieję, że nie będzie miała nam tego nigdy za złe. Że ją stworzyliśmy.
Ciąża - fizjologia i filozofia zmiksowane w ciężkostrawną papkę. At least today.
söndag 28 juni 2009
torsdag 25 juni 2009
lördag 20 juni 2009
Z utęsknieniem
Najbardziej absurdalnym aspektem czekania na narodzenie dziecka jest czekanie na ból, którego skali nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić i którego najprawdopodobniej nie zniosę bez dobronczynnej igły ze znieczuleniem wbitej w kręgosłup. Czekam z utęsknieniem.
Stockholm Midsummer skies
lördag 13 juni 2009
fredag 12 juni 2009
Oh, look, a puuuuuppy!
Od jutra nasza córeczka będzie oficjalnie donoszonym dzieckiem. Zaczynamy 38 tydzień ciąży! Od jutra może urodzić się w każdej chwili, choć według wizji zdesperowanej matki za miesiąc będziemy leżeć w szpitalu z przedramieniem podłączonym do kroplówki, z niecierpliwością wyczekując rozrywającego plecy bólu.
Dziś w nocy śniło mi się, że ją urodziłam, naszą idealną, malutką córkę. Leżała na przewijaku wymachując nóżkami i była fantastycznie normalnym, słodkim niemowlakiem. Ubrałam ją w pomarańczowe spodenki i koszulkę z napisem "Welcome to the World" i położyłam sobie na ramieniu, ciesząc się jej ciepłem i ciężarem. Po kilku chwilach dziewczynka zaczęła się energicznie ruszać i kiedy wzięłam ją na ręce, okazała się ubranym w pomarańczowe spodenki czarnym, tłustym szczeniakiem. Wierzgała i usiłowała się wyrwać z moich rąk, gubiąc czapkę w gąsienice. W końcu uciekła a ja goniłam ją po niekończących się schodach. W końcu udało mi się ja złapać, była miękka, gruba i pachniała jak pies.
Podejrzewam, że sen ma związek z faktem, że za każdym razem, gdy widzimy na ulicy szczeniaka, Linus i ja wołamy: Oh, look! A puuuuuppy! Z podobnym entuzjazmem nie zareagowaliśmy jeszcze na żadne obce niemowlę...
Dziś w nocy śniło mi się, że ją urodziłam, naszą idealną, malutką córkę. Leżała na przewijaku wymachując nóżkami i była fantastycznie normalnym, słodkim niemowlakiem. Ubrałam ją w pomarańczowe spodenki i koszulkę z napisem "Welcome to the World" i położyłam sobie na ramieniu, ciesząc się jej ciepłem i ciężarem. Po kilku chwilach dziewczynka zaczęła się energicznie ruszać i kiedy wzięłam ją na ręce, okazała się ubranym w pomarańczowe spodenki czarnym, tłustym szczeniakiem. Wierzgała i usiłowała się wyrwać z moich rąk, gubiąc czapkę w gąsienice. W końcu uciekła a ja goniłam ją po niekończących się schodach. W końcu udało mi się ja złapać, była miękka, gruba i pachniała jak pies.
Podejrzewam, że sen ma związek z faktem, że za każdym razem, gdy widzimy na ulicy szczeniaka, Linus i ja wołamy: Oh, look! A puuuuuppy! Z podobnym entuzjazmem nie zareagowaliśmy jeszcze na żadne obce niemowlę...
Prenumerera på:
Inlägg (Atom)