måndag 17 december 2007
The Sartorialist
One of my favourite blogs, the one and only "The Sartorialist" took some pictures in Stockholm again. Stockholm's street fashion is something that I am a total and hopeless victim of and being photographed by Scott Schuman, the handsome author of the blog, is a dream still to come true. I always wonder why he still have not noticed my lovely vintage coat?
fredag 14 december 2007
If that's not nice, what is?
A thank you (and a hug) go to my fellow bloggers who were so kind to link MinStockholm. First of all Ulli H, an old Hotellian, whose 'Hotellet' does not have much in common with the place we met but is still an interesting piece of reading. Secondly, Tomasz B (and Zając) with the amazing 'Dziura w Całym' (looking for one is just what we love doing, isn't it?) is a great piece of politically engaged, stylish and funny collection of viewpoints and ideas. That is what we are all looking for, right? Because if a 10 minutes reading of exciting verses written by a friend is not nice, then what is?
tisdag 11 december 2007
Här kommer Pippi Långstrump
Mam kolejny powód do kochania Szwedów. Poczas wczorajszej imprezy po rozdaniu Nagród Nobla w sztokholmskim ratuszu, wśród taftowych kiecek i smokingów na schody wskakuje zespól baletowy Opery Królewskiej z fragmentem przedstawienia "Pippi". Nie ma nieodpowiedniego miejsca dla rudej malej, która ma w nosie świat dorosłych. Szwedzcy goście przyjęli występ bez zdziwienia. Kochają Pippi, wpuszczają ją do ratusza na najbardziej snobistyczny obiad na świecie, ubierają swoje dzieciaki w koszulki z jej piegowatą buzią. Za chwilę, przy dźwiękach piosenki z filmu o Pippi "Här kommer Pippi Långstrump" kelnerzy wniosą desery i impreza wróci do swojej nadętej normy. Choć dziś nagłówki szwedzkich gazet piszą jedynie o malej. No i o kieckach księżniczek.foto: www.operan.se.
lördag 8 december 2007
The naked nation, the dressed nation
Femonem szwedzkiego stosunku do bliskości, nagości i dystansu fizycznego między ludźmi w Szwecji zastanawia i śmieszy mnie od dawna. Zwłaszcza dwa jego konteksty. W książce na temat Szwecji, którą pięć lat temu, przed moim pierwszym przyjazdem tutaj dostałam w "pakiecie startowym" od uczelni, było napisane między innymi, że jedynie imigranci wsiadając do autobusu czy metra zajmują miejsca obok innych pasażerów, gdy mają możliwość siedzenia osobno. W związku z tym jeśli chcemy uniknąć grymasu zmieszania na twarzy współpodróżnika, należy usiąść tak, aby uniknąć kontaktu fizycznego (wstrętnych stykających się na siedzeniach bioder, łokci i ramion!), a najchętniej również wzrokowego. OK, nie ma problemu. Co prawda osobie urodzonej i wychowanej poza Szwecją więcej wysiłku sprawia analiza powyższych kryteriów i właściwy dobór miejsca w środkach transportu, niż siedzenie obok obcej osoby i ryzykowanie dotknięcia łokciem, ale myślę, że przyswoiłam sobie umiejętność skanowania wzrokiem autobusów i wyboru miejsca dość szybko.
W związku z tym totalne zamieszanie w moim adaptującym się do szwedzkości umyśle imigranta wywołał widok przebieralni na siłowni. Babskiej tylko przebieralni, thank God. W związku z tym, że dla Szwedów nie ma nic bardziej naturalnego niż nagie ciało, nagie ciała wypełniają szatnię w godzinach szczytu tworząc jeden wielki amalgamat cycków i ud. W związku z tym, że jest ich tam tak wiele, rozbieram się więc bez skrępowania, wierząc, że dodatkowa para cycków i ud nie sprawi już wielkiej różnicy. I nie sprawia.
I ostatnie, najważniejsze: autobusowe zasady nie mają zastosowania w saunie. Jest ciemnawo, 90 stopni ciepłą, Szwedki w niesamowitych ilościach, zgodnie z jakimiś nowymi, pokręconymi normami społecznymi siedzą nagie na półkach. Łokcie i uda dotykają się w sposób nieunikniony. Poźniej, wysuszone i rozczerwienione, wsiadają do metra i szukają miejsca jak najdalej od innych podróżujących. Nie mają pojęcia, że niedaleko siedzę ja, podśmiewając się cicho, bo przed chwilą siedziałyśmy obok siebie w saunie, niemal pośladek w pośladek. Hihi!
***
One of the first thing that one learns upon the arrival to Sweden is a series of social rules concerning using the public transport and how safely and "Swedishly" take your seat and survive the journey. You can namely recognize an immigrant if a person sit next to you while there is a wide selection of seats that do not put you two at risk of the unwanted contact of your elbows or, God forbid, thighs. Preferably, avoid eye contact as well. For me, born and raised outside Sweden, it used to cause more effort to scan the bus is search for places free of unwated contact, rather than to stand somebody's closeness. Right now I have mastered the art of avoiding the disgusting elbows of fellow travellers, although the issue is still hilarious and always will.
Especially in the context of what actually happens in the gym changing romms. The ones I go to are only for the ladies, thank God. The boobs and thigs create a huge chaotic blend and only because of that I have no problems undressing completely myself. The whole thing gets funny in the sauna where everyone goes after the workout. Dim lights, plus 90 degrees Celcius and the inevitable closness of boobies and butts does not matter anymore. As if there naked and dress Swedes were two different nations. The best part is seeing the red faced warm ladies getting on the tube later on, on their way home. They get on and carefully scan the wagon looking for a good, contact free place. I am sitting opposite smiling at the thought that 20 minutes earlier we sat in the sauna butt to butt. Hihi!
W związku z tym totalne zamieszanie w moim adaptującym się do szwedzkości umyśle imigranta wywołał widok przebieralni na siłowni. Babskiej tylko przebieralni, thank God. W związku z tym, że dla Szwedów nie ma nic bardziej naturalnego niż nagie ciało, nagie ciała wypełniają szatnię w godzinach szczytu tworząc jeden wielki amalgamat cycków i ud. W związku z tym, że jest ich tam tak wiele, rozbieram się więc bez skrępowania, wierząc, że dodatkowa para cycków i ud nie sprawi już wielkiej różnicy. I nie sprawia.
I ostatnie, najważniejsze: autobusowe zasady nie mają zastosowania w saunie. Jest ciemnawo, 90 stopni ciepłą, Szwedki w niesamowitych ilościach, zgodnie z jakimiś nowymi, pokręconymi normami społecznymi siedzą nagie na półkach. Łokcie i uda dotykają się w sposób nieunikniony. Poźniej, wysuszone i rozczerwienione, wsiadają do metra i szukają miejsca jak najdalej od innych podróżujących. Nie mają pojęcia, że niedaleko siedzę ja, podśmiewając się cicho, bo przed chwilą siedziałyśmy obok siebie w saunie, niemal pośladek w pośladek. Hihi!
***
One of the first thing that one learns upon the arrival to Sweden is a series of social rules concerning using the public transport and how safely and "Swedishly" take your seat and survive the journey. You can namely recognize an immigrant if a person sit next to you while there is a wide selection of seats that do not put you two at risk of the unwanted contact of your elbows or, God forbid, thighs. Preferably, avoid eye contact as well. For me, born and raised outside Sweden, it used to cause more effort to scan the bus is search for places free of unwated contact, rather than to stand somebody's closeness. Right now I have mastered the art of avoiding the disgusting elbows of fellow travellers, although the issue is still hilarious and always will.
Especially in the context of what actually happens in the gym changing romms. The ones I go to are only for the ladies, thank God. The boobs and thigs create a huge chaotic blend and only because of that I have no problems undressing completely myself. The whole thing gets funny in the sauna where everyone goes after the workout. Dim lights, plus 90 degrees Celcius and the inevitable closness of boobies and butts does not matter anymore. As if there naked and dress Swedes were two different nations. The best part is seeing the red faced warm ladies getting on the tube later on, on their way home. They get on and carefully scan the wagon looking for a good, contact free place. I am sitting opposite smiling at the thought that 20 minutes earlier we sat in the sauna butt to butt. Hihi!
fredag 7 december 2007
onsdag 5 december 2007
In the elevator
lördag 1 december 2007
Cienka warstwa zrozumienia
W tym totalnie katastrofalnym zawodowo tygodniu pracy w uwłaczających warunkach (dziesięcioletni laptop zamiast obiecanego superszybkiego della z procesorem centrino duo, czymkolwiek jest) wydawało mi się, że brak szans na jakikolwiek przyjemny moment. A jednak. Czasem piętnaście minut rozmowy jak nie z tego świata wystarcza, rozmowy z kimś kosmicznie sympatycznym, nie o centrino duo, likwidacji firmy i porażce Wrocławia w wyścigu o Expo (czuję się osobiście winna).
Spotkania z Zbigniewem Kruszyńskim, kiedyś opozycjonistą, dziś pisarzem i wykładowcą Uniwersytetów w Uppsali i Sztokholmskiego, uczącego jak tłumaczyć ze szwedzkiego na polski mają miejsce zazwyczaj w kuchni lub na korytarzu IP, gdzie Zbigniew K mieszka podczas swoich wizyt w Szwecji. Trwają chwilę, w tym tygodniu ta chwila jednak uratowała mnie od pochłonięcia przez jego bezsens. Rozmawialiśmy o polskich i szwedzkich książkach, zwłaszcza o tych, do których przetłumaczenia przyczynił się Zbigniew K: "Domu Augusty" Magull Axelsson, i "Muzyki pop z Vittuli" Mikaela Nemi, ale także o komisarzu Wallanderze (komentarz o ""Psach z Rygi": "Co za wstrętna, politycznie poprawna książka!"), o niefortunnej odmianie nazwy szwedzkiego miasta Ystad ("w Ystadzie" , byliśmy zgodni, że brzmiało horrorystycznie), o tym, jak szwedzcy autorzy pisząc o polskich bohaterach nie pilnują, by mieli oni polskie, a nie "wydaje mi się, że to brzmi jak polskie imię" - imiona (Tania z ksiązki Lizy Marklund i Renate z "Den jag aldrig var" Axelsson). No i o Oldze Tokarczuk, która dzieli los Zbigniewa K, zamieszkałego w górach Dolnego Śląska: "Olga mieszka trzy kwadranse ode mnie, też ma już kłopoty z odśnieżaniem".
Odetchnęłam głęboko po tej rozmowie, dotknięciu tego, co jest naprawdę ważne, ucieszona, że mam z kim takie zdania zamieniać raz na jakiś czas. Zbigniew K wpadł następnego dnia pożyczyć gazetę do poczytania przy śniadaniu w naszej kuchni, i powiedzieć, że zostawia nam chleb. Żytni razowiec z Dolnego Śląska. Posmarowany cienką warstwą cichego zrozumienia.
Spotkania z Zbigniewem Kruszyńskim, kiedyś opozycjonistą, dziś pisarzem i wykładowcą Uniwersytetów w Uppsali i Sztokholmskiego, uczącego jak tłumaczyć ze szwedzkiego na polski mają miejsce zazwyczaj w kuchni lub na korytarzu IP, gdzie Zbigniew K mieszka podczas swoich wizyt w Szwecji. Trwają chwilę, w tym tygodniu ta chwila jednak uratowała mnie od pochłonięcia przez jego bezsens. Rozmawialiśmy o polskich i szwedzkich książkach, zwłaszcza o tych, do których przetłumaczenia przyczynił się Zbigniew K: "Domu Augusty" Magull Axelsson, i "Muzyki pop z Vittuli" Mikaela Nemi, ale także o komisarzu Wallanderze (komentarz o ""Psach z Rygi": "Co za wstrętna, politycznie poprawna książka!"), o niefortunnej odmianie nazwy szwedzkiego miasta Ystad ("w Ystadzie" , byliśmy zgodni, że brzmiało horrorystycznie), o tym, jak szwedzcy autorzy pisząc o polskich bohaterach nie pilnują, by mieli oni polskie, a nie "wydaje mi się, że to brzmi jak polskie imię" - imiona (Tania z ksiązki Lizy Marklund i Renate z "Den jag aldrig var" Axelsson). No i o Oldze Tokarczuk, która dzieli los Zbigniewa K, zamieszkałego w górach Dolnego Śląska: "Olga mieszka trzy kwadranse ode mnie, też ma już kłopoty z odśnieżaniem".
Odetchnęłam głęboko po tej rozmowie, dotknięciu tego, co jest naprawdę ważne, ucieszona, że mam z kim takie zdania zamieniać raz na jakiś czas. Zbigniew K wpadł następnego dnia pożyczyć gazetę do poczytania przy śniadaniu w naszej kuchni, i powiedzieć, że zostawia nam chleb. Żytni razowiec z Dolnego Śląska. Posmarowany cienką warstwą cichego zrozumienia.
Prenumerera på:
Inlägg (Atom)